Praca przy natrysku pianki

Ktoś, kto pomyślał, że praca w firmie budowlanej jest nudna, wypełniona tylko prochem, pyłem, żwirem i zagubionymi gwoździami, ten jest w błędzie. Zdarzają się też ciekawe sytuacje, które udowadniają, że nawet najbardziej ponury typ wciąż ma w sobie coś z małego dziecka, które tylko czeka, żeby coś nabroić. Tym typem jestem rzecz jasna ja.

Nakładanie pianki na wysokościach

natrysk pianki poliuretanowejMoja firma zajmuje się budową domów od piwnicy po strych i ich wykończeniem. Ja zajmuję się w niej kładzeniem izolacji – przede wszystkim pianki poliuretanowej, ale też wełny i styropianu, jeśli klient ma takie właśnie życzenie. Pewnego dnia dostaliśmy zlecenie na natrysk pianki poliuretanowej w budynku gospodarczym, który przechodził właśnie spory remont, żeby można w nim było hodować urocze żółciutkie kurczaczki. Ponieważ budynek był wysoki, to trzeba było pracować na rusztowaniach albo z podnośnika, żeby dało się zaizolować dach. Dach, który dopiero kończyli kłaść koledzy – ocieplaliśmy pianką jedną stronę, a oni wykańczali drugą. W pewnej chwili zaczął wiać wiatr, akurat przez dziurę w dachu i prosto na mnie i kolegów, a że akurat staraliśmy się ocieplić kolejny kawałek, to niektóre krople pianki zwiało z kursu i zaczęły lecieć na nas, na ścianę i na ziemię. Przy czym cały czas zwiększały swoją objętość, więc przez część drogi leciały jako białe piankowe śnieżynki. Przerośnięte śnieżynki, dodajmy. Albert, z którym akurat pracowałem, zaczął się śmiać ze mnie, gdy część pianki wylądowała na moim kombinezonie i zacząłem wyglądać jak niedorobiony bałwanek.

Zemsta była słodka, ponieważ przy kolejnym silniejszym powiewie wiatru znów zwiało nam nakładaną właśnie piankę, ale tym razem „przypadkiem” było jej więcej i „przypadkiem” sporo jej poleciało teraz na Alberta. Jeśli ja wyglądałem jak niedorobiony bałwanek, to on przypominał całkiem dorodnego bałwana. Przypadkiem, oczywiście.